www.deltaro.net

Maroko - przez Maroko

Rano wjeżdżamy na prom i wypatrujemy brzegów Afryki. Jest początek listopada, a w cieniu 25 stopni. Zapowiada się całkiem nieźle. Po około godzinie lądujemy na Czarnym Lądzie. Na lądzie tak, ale to jeszcze Hiszpania. Jest tu terytorialna enklawa hiszpańska, miasto Ceuta, dające Hiszpanom całkowitą kontrolę nad cieśniną. Jest to strefa bezcłowa, z niesamowicie tanim paliwem (tańszym niż w Polsce) i alkoholem. Robimy ostatnie zakupy, a przede wszystkim nabieramy ropy w co tylko się da. Jest tu strasznie tłoczno, dużo samochodów i jakiś taki mały `arabski bałaganik` - to przedsmak tego, co nas czeka. Kierujemy się w stronę granicy z Marokiem. Sama granica marokańsko-hiszpańska robi na zwykłym Europejczyku niesamowite i lekko przerażające wrażenie. Setki krzyczących osób, pchających się pod koła samochodu, oblepiających go mimowolnie jak muchy, tworzy klimat panujący na stadionach koncertowych podczas wjazdu oczekiwanych idoli. Cały teren jest otoczony dość wysokimi murami, zwieńczonymi zwojami kolczastego drutu. Jednak także i z tym, w panującym rozgardiaszu, przedstawiciele afrykańskich nacji dają sobie radę, tu i ówdzie przeciągając się przez te zapory, przy czynnej pomocy rąk tych z dołu i tych z góry. Oczami wyobraźni widzimy, jak aluminiowe skrzynie, umocowane na bagażniku UAZ-a, znikają w gęstwie tłumu, skrzętnie przekazywane z rąk do rak. Nic takiego jednak nie następuje i udaje nam się w końcu dotrzeć do punktu kontrolnego w akompaniamencie bezsensownej (temperament i chyba tradycja) oraz potwornie głośnej symfonii klaksonów wszelkich pojazdów mechanicznych. Podczas wypełniania formularza tamtejszego OC, poznaję parę młodych amerykanów. Mają zamiar, po zwiedzeniu Maroka, przejechać Mauretanię i dostać się do Ghany. On pochodzi z Bostonu, ona z San Francisco i, jak mówią, jest to podróż ich życia. Życzę im szczęścia, bo z pewnością będzie im potrzebne. Żeby przejechać samą Mauretanię trzeba czekać na uformowanie konwoju z około 10 samochodów i dopiero wtedy, pod eskortą wojska, można jechać dalej. W Ghanie nie jest lepiej... Spotkaliśmy ich jeszcze raz, jakiś tydzień później, wieczorem na placu w Marakeszu. W Maroku (sądzę, że w całej Afryce) nikt nie widział na oczy takiej marki jak UAZ i nasz samochód budzi powszechny entuzjazm i uznanie, a pierwsza daje temu wyraz urzędniczka straży granicznej, kiedy podczas wypisywania druku OC, wiedziona ciekawością, wychyla się jak tylko może z okienka i rozgania gestami rąk tłumek oczekujących, chcąc zobaczyć `owo radzieckie cacko`.

 

Celem lepszej komunikacji z przyjezdnymi kręci się tam człowiek ubrany w różnokolorową żelebę (regionalny, długi strój z kapturem, wykonany z cienkiego materiału, na wzór habitu), pomagający turystom tłumacząc (po angielsku i francusku), co należy i w jakiej kolejności robić. Przed wjazdem do Maroka czasami zdarza mu się podejść do swoich `klientów` z żądaniem zapłaty za usługi, ale jest to jego opłacana praca i można to żądanie zignorować. Po spędzeniu około godziny na granicy (czasowo i proceduralnie wygląda to nieco inaczej niż w Europie - przede wszystkim pracownicy lubują się w drobiazgowym wypełnianiu formularzy i sprawdzaniu wszystkim po trzykroć) wyruszamy w dalszą drogę.

 

Północ Maroka jest obszarem bardzo górzystym i malowniczym, w przeciwieństwie do środkowej części kraju. Na sporych wysokościach jest wietrznie i na tyle chłodno, że trzeba na siebie włożyć dodatkowe, ciepłe ubrania. Pierwszy nocleg wypada nieco pechowo, bo do naszego namiotu, zaraz po jego rozstawieniu, już po ciemku, podchodzi trzech osobników w mundurach, z karabinami marki Kałasznikow, i, świecąc nam latarkami po oczach, zadaje pytania w mieszanym, arabsko-francuskim języku. Udaje mi się dojść z nimi do porozumienia, choć trwa to troszkę, gdyż każda moja odpowiedź jest przekazywana przez krótkofalówkę do zwierzchnika, który z kolei w języku arabskim zadaje pytanie, które mój rozmówca próbuje przełożyć na francuski...

 

W końcu okazuje się, że jest tu strefa nadbrzeżna, czyli militarna, i że nie można tutaj przebywać. Dobrze, szkoda tylko, że żadnej informacji na ten temat nie było. Udajemy się do dowódcy posterunku i wyjaśniamy całą sprawę na tyle korzystnie, że namiot zostaje, a my śpimy już w nim bez przeszkód. Rano odwiedzamy jeszcze raz posterunek i rozmawiamy z żołnierzami. Słyszeli o Polsce i (jak się później okazało, nagminnie...) wymawiają słowo: polsat - z racji dostępności tej cyfrowej telewizji. Drugim wyrazem, które pada najczęściej na hasło `Polska` to: Wałęsa, i tu na podkreślenie - podkręcają znacząco wąsy (nawet ci, którzy takowych nie mają). Żegnamy się, a oni po uścisku przykładają swoją otwartą dłoń do serca. Taki zwyczaj. Prosty i wiele mówiący.

 

Z natury Marokańczycy są bardzo żywi i spontaniczni, i często zwykła błahostka jest dla nich powodem do śmiechu i rozgorączkowanej dyskusji, połączonej z bardzo żywą gestykulacją, co w naszych oczach może wyglądać nierzadko na śmiertelną kłótnię. Dotyczy to także, a może zwłaszcza, kierowców. Przepisy ruchu drogowego w Maroku są drastycznie łamane. Jadąc po marokańskich drogach trzeba zapomnieć o jakimkolwiek zaufaniu do innych uczestników ruchu i bacznie uważać, żeby nie zostać przejechanym bądź samemu nie przejechać np. motocyklisty jadącego bez kasku pod prąd. Taka jazda to normalne zjawisko i nikt na to nie zwraca uwagi. Przejechanie na czerwonym świetle jest rzeczą zdarzającą się dosyć często, tak samo jak obarczanie samochodów ładunkiem przechodzącym wszelkie rozsądne wyobrażenie Europejczyka. Ciekawą rzeczą jest to, że w Maroku 99% taksówek to Mercedesy 300D i 240D, pomalowane na jasnobłękitny kolor. Drugą ciekawą rzeczą jest zabieranie przez taksówkarzy 5, a nawet 6 pasażerów. Widok mercedesa z 7 osobami na pokładzie nikogo tam nie dziwi - to po prostu czysta ekonomia. Z racji chęci wykonania jak największej ilości kursów, taksówkarze w szczególności przekraczają zdrowe granice rozsądku bezpiecznej jazdy po drogach i to oni są w większości sprawcami wypadków. W stolicy - Rabacie ulice oraz pobocza są niemożliwie pozapychane samochodami. Znalezienie miejsca do zaparkowania w centrum graniczy z cudem. Wreszcie stajemy na jednej z głównych ulic i udajemy się na zwiedzanie miasta, z obawą oglądając się na pozostawiony nasz cały dobytek. Jednak nic złego się nie dzieje i muszę przyznać, że podczas całego pobytu w Maroku niczego nam nie skradziono i ani razu nie zaistniała sytuacja, która wskazywałaby na takowe chęci. A nieraz samochód zostawał na długie godziny bez jakiejkolwiek opieki. Choć najprostszym sposobem na zapewnienie sobie spokoju jest korzystanie z parkingów strzeżonych (rozpowszechnionych w dużych miastach), w których jednorazowa opłata wynosi 5 dirhamów, czyli 2 zł.

 

Stolica Maroka jest nowoczesnym miastem. Wbrew naszym wyobrażeniom jest tu pełno bizneswoman, chodzących w krótkich spódniczkach oraz mamy okazję się przekonać, że Marokańczycy to wyjątkowi szczęściarze, gdyż tutejsze kobiety są bardzo piękne, a ich religia pozwala na posiadanie aż czterech żon... Rzeczywiście, okupacja Francuzów zrobiła tutaj swoje i m.in. to połączenie tych dwóch ras dało tak dobre efekty. Kobiety (poza największymi miastami) nie uczestniczą w życiu publicznym. Nie można ich spotkać w restauracjach, palarniach czy innych tego typu miejscach. Większość czasu spędzają w medinach (czyli starych częściach miast, o profilu handlowym) oraz w domach. O ich statusie świadczy fakt, że czasami prosiły nas o zatrzymywanie dla nich taksówek, gdyż taksówkarze wolą wozić mężczyzn. Paradoks, ale istniejący.

 

Pozasłaniane twarze mają jedynie Arabki. Inne nacje kobiet cechuje większa swoboda ubioru, w szczególności żony Berberów. Choć poza dużymi skupiskami miejskim ujrzenie tamtejszej kobiety w normalnej sukience jest raczej nie do pomyślenia - zasadniczo obowiązują tradycyjne stroje, oparte na formie habitu, tyle że bez kaptura. Oczywiście podstawowym językiem w kraju jest arabski. Lecz w dosyć powszechnym użyciu jest język francuski - uczą go w szkołach, a poza tym - Maroko było francuską kolonią. Angielski jest rozpowszechniony w dużo mniejszym stopniu. Marokańczycy są bardzo skorzy do rozmowy - nawet wtedy, jeżeli mówią tylko po arabsku. Z kobietami rozmawiać można także bez problemu, choć zdarzały się przypadki, że po prostu udawały, że nas nie zauważają - to wpływ religii i ortodoksyjnego wychowania. Powoli zbliżamy się do miasta-legendy Casablanki.

 

Samo miasto, jak wiadomo, słynie m.in. z filmu Michaela Curtiza, w którym główne role grają Ingrid Bergman oraz Humphrey Bogart. Miasto robi na nas dosyć nijakie wrażenie. Jest to największy komercyjno-handlowy moloch Maroka. Wszechobecne betonowe bloki mieszkalne, banki oraz sklepy składają się na taki właśnie obraz miasta, pozbawionego jakiegokolwiek uroku i specyficznego klimatu. Zaglądamy także do rybackiego portu w Casablance. Niestety, poza przykrym zapachem i kilkunastu rybakami sprzedającymi ryby - w sposób pozbawiony jakiejkolwiek higieny - nie znajdujemy tutaj niczego. Za to podchodzi do nas jeden z nich, pomimo panującego upału ubrany w czarną, skórzaną kurtkę i zapytuje, skąd jesteśmy. Po uzyskaniu odpowiedzi, uśmiecha się automatycznie od ucha do ucha i wykrzykuje: - Stasiu Korba!... twoja mamuśka! Mówi, że polscy marynarze z portu handlowego pracują bardzo dobrze, są równe chłopaki i w ogóle. Nawet tu naszych znają, a że od tej marynarskiej strony - wiadomo, każdy zawód ma specyficzny język... Jedyną rzeczą wartą obejrzenia w Casablance jest Meczet Hasana II. W Maroku można go zwiedzać jedynie innowiercom, czyli nie muzułmanom. Dziś akurat jest przewidziana wizytacja księcia Maroka, więc wejść nie można, zresztą sporo to kosztuje. Ograniczamy się więc do obejrzenia go z zewnątrz.

następna strona >

 

"Podróżuje się nie po to , aby dotrzeć do celu, ale po to , żeby być w podróży"  Goethe

 Powered by: www.CDX.pl